W drodze do Xalapy zauważam, że ziemia jest żywa. Krajobraz środkowego Meksyku definiuje złożone zderzenie płyty północnoamerykańskiej z fragmentami płyt oceanicznych: powstały tysiące wulkanów, z czego około czterdzieści jest aktywnych. Krajobraz to ciąg małych wulkanów przeplatanych polami, kaktusami i lagunami wulkanicznymi. To tutaj osiedlili się Aztekowie, a gdy encyklopedyczny Alexander von Humboldt wspiął się w 1803 roku na Nevado de Toluca, prawdopodobnie nie był pierwszy, biorąc pod uwagę ilość przedmiotów ceremonialnych i kosztowności znalezionych w jeziorach krateru. W Pałacu Sztuk Pięknych w Meksyku znajduje się piękna szklana kurtyna przedstawiająca dwa wulkany Popocatépetl i Iztaccíhuatl, być może najbardziej ukochany krajobraz Meksykanów. Pierwszy tłumaczy się jako „góra, która dymi”, ponieważ jest aktywny od niepamiętnych czasów, drugi jako „biała dama”: są bohaterami tragicznej azteckiej historii miłosnej, zamienionymi w kamień przez bogów.
Kurtyna, z początku XX wieku, inspirowana jest rysunkami Gerardo Murillo, lepiej znanego jako doktor Atl (woda w języku azteckim), który w ciągu swojego życia wykonał ich ponad dziesięć tysięcy.
To właśnie doktor Atl wpadł na pomysł, że aby sztuka dotarła do mas, należy umieszczać ją na budynkach. Po rewolucji meksykańskiej został ministrem kultury i mentorem trzech wielkich muralistów: Diego Rivery, José Clemente Orozco i Davida Alfaro Siqueirosa.
Niezadowolony z lewicowego zwrotu swoich podopiecznych, stał się zagorzałym zwolennikiem nazifaszyzmu, by następnie — na szczęście — porzucić politykę i wrócić do swojej prawdziwej pasji: badania wulkanów.
Dr Atl spędził dwa lata na zboczach (a nawet w kraterze) Popocatépetla, a gdy na polu rolnika powstał mały wulkan Paricutín, przeniósł się w jego okolice, aby napisać „Jak powstaje i rośnie wulkan” — przyjemny, ilustrowany dziennik jego pierwszych dziesięciu lat życia.
Przez kilka dni jestem pod opieką rodziny Fridy i choć mógłbym rozwodzić się nad moimi kulinarnymi odkryciami, zatrzymam się tylko na dwóch pierwszych, które zapadły mi w serce: mamey, owocu o kształcie podobnym do awokado, ale z czerwonym, niezwykle słodkim miąższem, oraz prostą quesadillę, powstałą ze spotkania tortilli kukurydzianej i roztopionego sera.
Aby uniknąć przejedzenia, decydujemy się zdobyć wulkan górujący nad Xalapą: Cofre de Perote (4282 m). Gdy uda się uciec od miejskiego ruchu, okazuje się, że gęstość zaludnienia Meksyku jest trzykrotnie niższa niż u nas i, całkowicie sami, idziemy cały poranek przez przepiękne lasy, sapiąc z powodu wysokości.
Jak może być niebezpieczne tak piękne miejsce? Największe ryzyko to zjedzenie kanapki przy jednoczesnym pochłanianiu niewyobrażalnej dawki fal elektromagnetycznych — szczyt bowiem pokryty jest antenami i nadajnikami. Fotografuję je, wierny teorii, że jeśli coś jest wystarczająco brzydkie, staje się piękne.
Aby stracić cały wywalczony z trudem aklimatyzację, jeździmy po stanach Chiapas i Oaxaca, gdzie poznaję kulturę mezcalu — rodzaju whisky z agawy — a potem wracamy na wyżynę, gdzie znów pojawia się chęć wspinania się na wulkany.
Do wyjazdu zostało już tylko kilka dni, a dni dobrej pogody jest coraz mniej. Opracowujemy świetny plan aklimatyzacyjny i znajdujemy się u podnóża Malinche, która bierze nazwę od kontrowersyjnej tłumaczki i kochanki Hernána Cortésa. Dyskutując o jej roli w podboju Meksyku, w towarzystwie sympatycznych psów docieramy na szczyt na wysokości 4420 m. Zastanawiam się, czy wysiłek, by doprowadzić je tam razem z nami, został zrekompensowany kaloriami z niewielkiej ilości jedzenia, którą się z nimi podzieliliśmy. Prawdopodobnie nie.